Na łowy muszę pojechać! – tako rzecze Zaratustra do lustra, w którym odbija się jego postać pełna zadumy, myśli albowiem przebiegają przez umysł mędrca, że poezja jest martwa, że Bóg umarł i nie żyje, że nie istnieje poezja polska, i że istnieje jeno poezja kreolska. I jak filozofować młotem w czasach pogardy, w czasach skrajnie niepoetyckich jak udawać, że poezja nie tylko ma sens, ale że nadal ma moc przerabiania zjadaczy chleba w anioły.
Alboś to ślepy, przemierzły włóczęgo? – odpowie mu na te wątpliwości głuchy śmiech slamerki, przecież poezja nie tylko jest martwa, ale przede wszystkim napuszona.
Dziś prawdziwych poetów już nie ma, zostałem całkiem sam. Sam przeciw wszystkim. – odpowie na tę zaczepkę Zaratustra i wsiadając do Mazdy odjedzie z piskiem opon do Teatru Polskiego na Salon Poetycki. Przed samym Teatrem zobaczy zaś kątem oka zaparkowane Suzuki, na którym, zdjąwszy kask, uśmiecha się doń sam Oscar Wilde. Autor Portretu Doriana Graya i Salome. Najciekawszy aforysta i aferzysta w wiktoriańskiej Anglii. Teraz Zaratustra ściska grabulę Wilde’a i skwitowaszy dzikim spojrzeniem uśmiech zębiczny poety, mówi doń: Wejdźmy do środka. Dwaj panowie wchodzą zatem w interior Teatru Polskiego.
Miałżeś co nosić ! – prycha prorok na poetę , wytrącając mu z dłoni oryginał Portretu i siadają obok, zajmując wirujący stolik do wywoływania duchów, umieszczony pod sufitem, ale widzę ich to ja, i może jestem szalony, ale wiem , że od wariata odróżnia mnie to, że nim nie jestem i że w tym szaleństwie jest metoda. Zaczynają. Zapowiada młody dyrektor Teatru Polskiego, Beniamin Bukowski. Opowiada zgrabną anegdotkę o stałej i wiernej, acz niewielkiej liczbie czytających poezję. To żeby nam się nie zrobiło smutno, ba sala z początku wieje pustką, ale stopniowo się wypełnia i z dwunastu osób nagle robi się całe trzydzieści. I już zaczynają. Trójka aktorów i skrzypek. Dyrektor tłumaczy zaś zawiłości programowe.
Wilde pobladł. Zaczął skrzypek. Michał Kwaśniak, grający na co dzień w bydgoskiej Opera Nova, grał głównie utwory Henryka Wieniawskiego. Ponoć z tego względu, że to ten sam okres w muzyce co Wilde w literaturze. Dalszych związków niestety nie dostrzegłem. Więcej, miałem chwilami wrażenie, że poprawnie, acz bez polotu grający muzyk, istnieje na tej scenie trochę sobie a muzom i że nie współtworzy on z aktorami jakiegoś wspólnego uniwersum, a jedynie jest po to, by wypełniać puste miejsca muzyką, czyli żeby nie było krępującej ciszy między wierszami.
– Tymczasem na scenie pojawiła się trójka aktorów Teatru Polskiego: Adam Graczyk, Dagmara Mrowiec – Matuszak i Małgorzata Trofimiuk.
Aktorzy czytali czy też właściwie deklamowali autora.
Po bohaterskiej walce cała ta trójka padła bezradnie przed siłą poezji Wilde’a, której nie umieli należycie, z dzikością w sercu, odczytać.
Żałość brała szczęsnych bogów, bo duch tej poezji uleciał gdzieś i był wszędzie, ale z pewnością nie w tak zwanym Salonie Poetyckim Teatru Polskiego, który pod dyrekcją Wojciecha Farugi, jak statek pijany, podryfował na dno, a za Bukowskiego próbuje się z tych odmętów oczywistego bezrybia wydobyć, ale póki co przynajmniej, udaje mu się to średnio. Reasumując, Salon Poetycki poświęcony poezji Wilde’a i tak, na tle spektakli TP, które widziałem w ostatnim czasie, wyróżniał się pozytywnie.
Podobała się ta myśl wszystkim bogom, Czarne Słońce zapadło nad Teatrem Polskim: Polska poezja nie istnieje.
Przybył z Troi niedostrzeżony przez nikogo, Oscar Wilde. Oskarżyciel tak zwanej poezji współczesnej. Oskarżyciel teatru polskiego. Przybył, popatrzył, posłuchał. Ziewnął na koniec, bo przecież nudą wiało. I wyszedł. I tyle go widziałem. A ja niestety zostałem do końca. Skazany na te tortury. Musiałem słuchać łamania kołem.
Krystian Kajewski

Od urodzenia mieszkanka miasta Gdańsk, orunianka, malarka, graficzka, poetka fotografka, felietonistka, publicystka na Portalu Gdańsk Miasto Marzeń.
Manager środowisk artystycznych
Członek KMPOiW "Solidarność"









