Jarmusch udał, że te przedmioty go interesują. Father Mother Sister Brother, najnowszy film mistrza, to rozprawa o udawaniu, z ducha gombrowiczowska.
O co ci w końcu chodzi? Jimie Jarmuschu, czym tym razem zaprzątasz zatem mój zniewolony umysł? Wykopałeś już grób dla metafizycznych uczuć, ożywiając Truposza. Pokazałeś, gdzie są i jaką formę przyjmować mogą Granice kontroli.
I pozostać z nią, kiedy otwiera oczy? Ze śmiercią za pan brat? Bo przecież to o śmierci jest bardziej opowieść niż o życiu tym razem. Pamiętaj o decorum, memento mori? Owszem, ale przede wszystkim jak śpiewał Nick Cave: Just remember that death s not the end. O tym, że Niebo nie jest wcale puste, a człowiek wcale nie jest Sługą natury, która wcale nie jest okrutna. O tym, że ta szemrana opowieść nie ma końca. Tak, najnowsze dzieło Jarmuscha to pogodny traktat ontologiczny. Poznając szczątkowo historie tytułowych : Ojca, matki, Siostry, Brata, zanurzamy się tym samym w ożywczej wodzie z Owczego Źródła. I znowu wiemy nie tylko, że życie jest snem wariata i że jest gdzie indziej. Bo tak naprawdę znowu wiemy, że nic tak naprawdę o życiu nie wiemy. Ani tym bardziej o śmierci.
Cóż za dziwny paradoks… Życie jest umieraniem, a śmierć jest ożywieniem. Wierzę w tę możliwość podskórnie. Kino zaś Jarmuscha niezmiennie, od lat, we mnie tę sferę zwykło poruszać. Jak w najpiękniejszej scenie tego filmu, w której osierocone bliźnięta w opuszczonym po śmierci ich rodziców mieszkaniu, na nowo odnajdują siebie.
Na przykład kantaty Bacha okazały się niesamowicie ważne. Analogicznie jak filmy Jarmuscha, które są o tyle żywotne, że podobnie jak muzyka Bacha, starają się dosięgnąć jakieś prawdy o głębi życia. I zaręczam, że ten kto nudzi się na filmach Jarmuscha, pewnie nudzie się nawet w wannie.
A tu Jarmuscha zablokowało. Pojawiają się takie bezrozumne, nieczułe pogłosy pośród zmanierowanej krytyki. Poeta Adam Wiedemann znowu się nudzie. Nic nie poradzę na nudę Wiedemanna. Widocznie taką ma naturę egzystencja tegoż. Co do mnie, Jarmuscha kocham, a jego najnowsze dzieło tylko mnie jeszcze w tej miłości utwierdza.
Jak skomponować piosenki do albumu, mając obsesyjne przekonanie, że wszystko na próżne? Jak kręcić kolejne filmy, mając przeczucie końca? Jarmusch jest dla mnie z każdym kolejnym filmem coraz bardziej wiarygodny, a budowane przez niego opowieści są coraz bardziej dojrzałe i wytrawne. Tak jak ta, pozornie prosta, łączącą trzy różne historie złotą nicią, która splata ja w arcywzór.
Przerażony myślą, że czas niszczy wszystko,
Relacje rodzinne – jak prawidłowo o nie dbać
Relacje rodzinne, jak rośliny doniczkowe, wymagają pielęgnacji. Bez nich usychają i więdną.
Jak właściwie zbudowana jest ta opowieść i gdzie leży jej jądro? Film Jarmuscha, podobnie jak chociażby Broken Flowers, składa się z trzech części: nowel określonych osobnymi tytułami, : Ojciec, ze świetnym Tomem Waitsem w roli tytułowej, Matka ( w tej roli znowuż ascetycznie doskonała Charlotte Rampling) i Siostra – Brat, części najciekawszej, wiążącej wszystkie składowe w sensowny, piękny węzeł gordyjski. W części pierwszej rodzeństwo, czyli brat i siostra, przyjeżdżają odwiedzić starego ojca, który osiedlił się dawno temu na jakimś tajemniczym odludziu, nieopodal New Jersey. Stary ojciec ukrywa przed swoimi życie, które prowadzi, jawiąc się rodzeństwu ofiarą losu, podczas gdy jest dokładnie przeciwnie.
Natomiast druga nowela ukazuje tym razem dwie siostry odbywające coroczny rytuał spotkanie ze swoją serdeczną, choć emocjonalnie chłodną matką, która okazuje się być autorką romansideł – bestsellerów ( Charlotte Rampling w tej roli ironicznie odsyła dom swoich kreacji z filmów Francois Ozona, czyli Angel i Basenu, gdzie gra pisarkę).
Wiemy, że w finalnej części te trzy historie zyskują pozór rozwiązania. Nie będę jednak zdradzał Tajemnicy.
Ale są jeszcze dwa punkty niejasne. Pierwszy: czemu są trzy historie, a nie cztery, jak sugerowałyby słowa zawarte w tytule. Drugi, czy pocieszenie, które otrzymujemy, nie jest li tylko pocieszeniem, i czy w związku z tym nie mamy do czynienia z iluzją?
Nie ma w tym żadnej niemożliwości, albowiem Jarmusch tworzy kino dla widza wrażliwego, i jednocześnie bystrego, co bynajmniej nie jest jakąś ontologiczną sprzecznością. Wręcz przeciwnie. Od nas zależy, co widzimy w dziełach i dlatego obraz pokazuje mi samego siebie: wewnętrznie sprzecznego wrażliwca, który w niestereotypowy sposób łączy kropki -wątki. To także Jarmusch.
Jądrem tej czechowowskiej opowieści pozostaje miłość. I rozmaite sposoby, jak do niej dojść, aby potem ją obejść. Jak ją mieć nie mając jej wcale.
Wystarczy przykryć ekran folią np. tak jak grający Ojca Waits przykrywa nowoczesne meble starymi kocami, aby ukryć prawdę o sobie. Ale wystarczy szeroko otworzyć oczy i uszy, a przede wszystkim serce żeby zobaczyć w tych pozornie prostych historiach całą tę rozpaczliwą plątaninę emocji i znaczeń, cały ten przysłowiowy już magnetyzm serc.
Dodajmy wreszcie, że suma tych wszystkich znaczeń, jak suma ludzkich doświadczeń, jest doskonale wręcz niepoliczalna. Nieskończona.
A gdy to wszystko zaczęło funkcjonować, wówczas w oślepiającym blasku i ogłuszającym hałasie iskier, myślałem sobie: ile z tego filmu dowiedziałem się o sobie, a ile o Tobie, Czytelniku Paskudniku, jak bardzo się od siebie różnimy, i jak bardzo w istocie jesteśmy jednym i tym samym. Tak, Jarmusch to ciągle, właściwie wiecznie młody filozof kina, który niestrudzenie próbuje nam poprzez kino właśnie wytłumaczyć zawiłości i piękno życia. Taki celuloidowo – cyfrowy Marek Aureliusz, ze stoickim spokojem przyjmujący zmianę jako stałość.
Krystian Kajewski

Od urodzenia mieszkanka miasta Gdańsk, orunianka, malarka, graficzka, poetka fotografka, felietonistka, publicystka na Portalu Gdańsk Miasto Marzeń.
Manager środowisk artystycznych
Członek KMPOiW "Solidarność"



























































