Aktualności

NIENASYCENIE

   NIENASYCENIE

Wyszedłem razem z innymi. Jednak wyszedłem z tego spotkania inny niż na nie przyszedłem. Mowa o spotkaniu z Markiem Bieńczykiem i Pawłem Sołtysem, które prowadził Michał Nogaś w ramach Festiwalu Początek Sezonu w Bydgoszczy. Wyszedłem odmieniony wewnętrznie, bo spotkał mnie afront ze strony bydgoskiego autora, Michała Tabaczyńskiego. Tuż przed spotkaniem podszedłem, aby przywitać się z Markiem Bieńczykiem.


Znowu Hamlet i to jego gniewne serce. Bo kiedy uścisnąłem dłoń Bieńczyka, jak spod ziemi wyrósł przed nami Tabaczyński, mój największy wróg w literackim środowisku Bydgoszczy i nie tylko i, jak się okazało, przyjaciel Bieńczyka.


W ubiegłorocznym wywiadzie podkreślałem, że w Bydgoszczy, dzięki temu człowiekowi, stałem się jednocześnie: wrogiem publicznym numer jeden i, co za tym idzie, persona non grata.
Tabaczyński śpiewa wysokim głosem, w środowisku chciałby zapewne mieć pozycję przodownika chóru, ale jego pobudki są niskie. Przynajmniej co do mnie. Chce mnie zniszczyć, ośmieszyć, robi wszystko, żeby moja propozycja literacka pozostała nierozpoznana, a co za tym idzie, niedoceniona.


Doszukuję się w tym kopaniu dołków pode mną, w tej zawziętości i w tej niechęci bydgoskiej socjety właśnie wpływu wspomnianego Tabaczyńskiego. Jest to bowiem człowiek podstępny i zawistny, a przy okazji mający szerokie kontakty w tak zwanym środowisku. Nie przepuści zatem okazji, aby mi w jakiś sposób zaszkodzić. Kiedy przywitałem się zatem z Bieńczykiem, Tabaczyński nie uścisnął mojej dłoni, tylko cofnął swoją i wysyczał jak waż, w języku ukraińskim dwa lub trzy zdania, których nie chciałbym tutaj cytować. Tak jak zresztą jego obcesowej względem mnie korespondencji. Nazajutrz dowiedziałem się, że Bieńczyk jednak wywiadu mi nie udzieli, bo rzekomo źle się poczuł. Czyżby w związku z tą sytuacją właśnie?


Bieńczyk, pytany o powód odmowy, udzielił wymijającej odpowiedzi, ale wyszło, że mam się domyślić, że nie chce ze mną rozmawiać? Zbieg okoliczności. Podobną historię miałem z wokalistą Variete, Grzegorzem Kaźmierczakiem, który najpierw udzielił mi wywiadu prasowego, a dosłownie godzinę przed umówioną rozmową na żywo, zrezygnował. Przyparty do muru, wyznał, że doszły go słuchy niepochlebne na mój temat od naszych wspólnych znajomych. Pech chce, że jedynym naszym wspólnym znajomym jest Tabaczyński właśnie.


Nie sądzę, żeby był to przypadek. I nie mam obsesji Tabaczyńskiego. To raczej on ma fioła na moim punkcie. Skąd ta awersja? Z powodu politycznych poglądów? A może Tabaczyński czuje się zagrożony, bo na bydgoskim pustkowiu pojawił się ktoś ( niech będę nieskromny), kto przewyższa go zdecydowanie nie tylko talentem literackim, ale przede wszystkim ma odwagę mówić co myśli, w odróżnieniu od zakłamanej w dużym stopniu środowiskowej frakcji, która już dawno z literatury zdążyła sobie uczynić możliwość wygodnego się umieszczenia TAM GDZIE KONFITURY.


Napiszę też, że samo spotkanie było nudne jak flaki z olejem. Za to naszpikowane osobami z towarzystwa, które przychodzą na tego rodzaju rauty, żeby się poklepać po plecach. Nogaś próbował być zabawny, ale wyglądało to raczej na próbę niż na rzeczywisty dowcip. Bieńczyk był tak senny, że wydawało mi się, że za chwilę zaśnie cała sala: wszyscy zebrani przyjaciele królika. Sytuację ratował Paweł Sołtys, którego to książki, Monolok, dotyczyła także rozmowa. Książki Bieńczyka I Sołtysa, opowiadają bowiem o Grochowie. Ale cała ta nudna gadka – szmatka, to raczej był groch z kapustą, niż śniadanie u Tiffaniego.


Legendarny Pablo Pavo okazał się więc jedynym ciekawym punktem tej rozmowy. Monolokiem. Wyszedłem z tego spędu nie tylko zniesmaczony i rozgoryczony, ale także po ludzku przygnębiony. Przede wszystkim tym, że tak trudno mi znaleźć akceptację i zrozumienie w tym gnieździe żmij, w tym zgromadzeniu wszelkiej maści zawistnych miernot, które zrobią wszystko, żeby prawdziwie wielka literatura ( będę nieskromny) pozostawała w cieniu ich bełkotliwego  slangu, i że wciąż muszę znosić to omijanie mnie szerokim łukiem przez ludzi, którzy wespół w zespół, nie posiadają nawet jednej pięćdziesiątej mojego talentu.


Tabaczyński tkwi bowiem  w każdym z nas. Jak betonowe obuwie przeszkadzające ulecieć nad całym tym targowiskiem próżności.


…Niestety. Siła złego na jednego. Pocieszam się, ze jak pisał Apollinaire: Sława Croniamantala jest blisko. Albo jak zalecał Rimbaud: Poeta musi się stać znienawidzony przez wszystkich. Jestem zatem na dobrej drodze. Nienawidzi mnie nie tylko artystyczna Bydgoszcz. Nienawidzi mnie większość artystycznych środowisk w całym wszechświecie. W całym wszechświecie jest przecież multum takich Tabaczyńskich, którzy zacierają tylko ręce, kopiąc pode mną dołki. Jak Salieri pod Mozartem. Ech życie, e viva l’arte! W całym wszechświecie jest kłębowisko żmij, które sycą się własnym jadem i miernotą. I zajmują miejsce przynależne tym, którzy mają większy od nich talent. W całym wszechświecie toczy się moja beznadziejna walka o własną wybitność. Niech będzie. To obsesja. Nie Tabaczyńskiego. Czegoś znacznie większego. Obsesja własnego geniuszu. I własnej krzywdy związanej z brakiem należytego docenienia przez wszystkie te pieprzone, skorumpowane i sprzedajne gremia.

Krystian Kajewski

Biuro Stowarzyszenia na Stowarzyszenie "Gdańsk Miasto Marzeń" | www

Pokrewne wpisy

Zostaw komentarz

* Korzystając z tego formularza wyrażasz zgodę na przechowywanie i przetwarzanie Twoich danych przez tę witrynę.

Ta strona używa plików cookie, aby poprawić Twoje doświadczenia. Założymy, że to Ci odpowiada, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuję Czytaj więcej

Polityka prywatności i plików cookie