Martin Opitz – niezwykła postać na kartach historii Gdańska.
Moje Aniołki, cz. 4
Pochodził z rodu rzeźników, ojciec niemieckiej poezji epoki baroku i piewca polskiego króla Władysława IV Wazy. Jego imię niegdyś nosiła jedna z ulic gdańskich Aniołków. Część II.
Poprzedni artykuł zakończyłem w momencie, kiedy Martin Opitz w roku 1635 dotarł do Polski, już nie jako przedstawiciel poselstwa, tym razem jako człowiek szukający schronienia. Mogłoby się wydawać, że jego kariera legnie w gruzach, a co najmniej przyhamuje. Nic bardziej mylnego. Co prawda są ludzie, którzy w negatywnych zdarzeniach widzą porażki, zaś Opitz w tym co się stało odnalazł swoją szansę. Przez Leszno, udał się do Torunia, gdzie schronienie znalazł również jego dotychczasowy protektor, książę brzeski Jan Chrystian. Niby jeszcze do Gdańska daleko, ale dobry kierunek i coraz bliżej.
Na kraj emigracji, wybrał Polskę, dlaczego? Polska dla niego niebyła nieznanym krajem, przecież tu już bywał. Znał historię tego kraju, kojarzył kluczowe postacie i co najważniejsze, wiedział, że panuje tutaj tolerancja religijna, której on był spragniony. Właśnie wówczas, w Polsce często osiedlali się protestanci ze Śląska. I tu też zamierzał osiedlić się Martin Opitz, bo Polska była tym miejscem, w którym nie tylko mógł znaleźć bezpieczne schronienie, ale również rozwijać swoje ambicje i talent.
I właśnie w tym momencie, w Toruniu, w życiu Opitza, niczym przeznaczenie pojawił się Gerard Denhoff. Nie znamy szczegółów, ani konkretnej daty tego spotkania, ale wiemy, że ich drogi nie skrzyżowały się po raz pierwszy. Gerard Denhoff był magnatem związanym z Prusami Królewskimi, pełnił funkcje urzędnicze i wojskowe. I jeszcze jedno – to, co najważniejsze i co mogło wpłynąć na przyszłość Opitza – Gerard Denhoff utrzymywał bliskie kontakty z królem Polski, Władysławem IV Wazą. Posiadał takie zaufanie monarchy, że mógł wprowadzać na dwór osoby, których umiejętności mogły okazać się przydatne władcy. Dla Opitza znajomość ta oznaczała szansę na kontynuowanie kariery bez konieczności powrotu do niepewnej sytuacji na Śląsku.
Najważniejszy, dla Martina Opitza moment tej znajomości nastąpił w styczniu 1636 roku, kiedy Władysław IV przebywał w Toruniu. Gerard Denhoff wykorzystał swoją pozycję i zarekomendował Opitza królowi. Krótko mówiąc rok po przyjeździe do Polski przed poetą otworzyły się nowe możliwości.
Niezwykłym atutem Martina Opitza była rozległa sieć kontaktów oraz doskonała znajomość europejskich środowisk politycznych – od Francji i państw niemieckich po Siedmiogród. Szczególnie cenna była jego znajomość ze szwedzkim kanclerzem Axelem Oxenstierną, tym bardziej, że król Władysław IV miał ambicje polityczne wykraczające poza granice Rzeczypospolitej, a jego związki ze sprawami szwedzkimi pozostawały istotnym elementem królewskiej polityki. I to właśnie dzięki takim relacją Opitz potrafił poruszać się w świecie dyplomacji, rozumieć interesy poszczególnych dworów i nawiązywać relacje.
Spotkanie Opitza z królem Polski mogło nastąpić tylko i wyłącznie dzięki protekcji Denhoffa, ale to od przychylności króla zależało, czy poeta pozostanie jedynie emigrantem szukającym schronienia, czy też znajdzie w Rzeczpospolitej nową przestrzeń do działania. Jednakże, by nastąpiło coś więcej, by utrwalić znajomość, by niebyło to jedyne spotkanie osoba przedstawiona królowi musiała w sposób właściwy zaprezentować swoje umiejętności. Opitz doskonale rozumiał, że słowo poetyckie może służyć nie tylko sztuce, lecz także budowaniu wizerunku monarchy. Dlatego, na tę okazję przygotował i przedstawił królowi panegiryk „Wiersz pochwalny na cześć króla Polski i Szwecji”. Dlaczego i Szwecji? Gdyż w latach 1632–1648 Władysław IV Waza tytułował się królem Szwecji. Na marginesie powiem, że panegiryk, to uroczysty tekst pochwalny, sławiący jakąś osobę.
W utworze tym autor przedstawił Władysława IV, króla Polski jako potężnego, zwycięskiego, a zarazem dążącego do pokoju wodza. Wychwalał w nim królewskie osiągnięcia, zwycięstwa nad Moskwą i Turcją oraz pokój ze Szwecją zawarty w 1635 roku. W sposób szczególny swoją uwagę zwrócił na tolerancję religijną panującą w Rzeczpospolitej. Wyraził tęsknotę za taką sytuacją w krajach niemieckich, dotkniętych wojną. Tęsknota ta przejawia się w słowach: „O Niemcy, obyście i wy były tak szczęśliwe!”. To właśnie w ten sposób poeta połączył swoje umiejętności literackie z politycznym przesłaniem. Utwór został przyjęty z uznaniem i to właśnie nim poeta wdzierał się w krąg dworskiej elity.
Na marginesie powiem, iż obecnie portret królewicza, późniejszego króla Polski Władysława IV znajduje się na jednym z medalionów przed wejściem do Dworu Artusa w Gdańsku. Uwaga! Ciekawostka, medalion ten przedstawia królewicza polskiego i cara Rosji Władysława Wazę. Tak, nasz późniejszy król, wcześniej był carem Rosji. Drugi medalion przedstawia jego ojca Zygmunta III Wazę.
W niemieckich opracowaniach sytuacja ta przedstawiona jest odmiennie. Freiedrich Gundolf, w roku 1921 pisał, iż po ucieczce ze Śląska Martin Opitz udał się do Gdańska. Czemu tam? W jego rozważaniach głównym powodem mieli być jego szwedzcy protektorzy. Tam Opitz zatrzymał się u kaznodziei reformowanego. I to wówczas zwrócił się on w stronę polskich spraw. Dzięki temu zdobył łaskę hrabiego Donhoffa. Za okazaną mu łaskę odwdzięczył się niemieckim przekładem Antygony oraz hymnem pochwalnym na cześć majestatu Polski. Publikacja Gundolfa wydaje się wyraźnym spłyceniem wątku polskiego i potraktowaniem go jako pobocznego, marginalnego wątku.
Powróćmy do faktów i rodzimych opracowań. Po spotkaniu w Toruniu stało się coś niesamowitego, król Władysław IV zaprosił Opitza by towarzyszył jego orszakowi w drodze do Gdańska. Niestety nie mogę wam zrelacjonować co działo się podczas drogi, gdyż to nie zostało w żaden sposób zarejestrowane, ale wiadomo, że to właśnie wtedy zaczęły zacieśniać się relacje, więzi między poetą, a królem.
Podczas pobytu w Gdańsku Opitz prowadził z królem długie, poufne rozmowy. Podczas tych rozmów monarcha zaczął postrzegać Opitza nie tylko jako osobę obdarzoną talentem poetyckim, ale również jako znawcę dworów, zaznajomionego z polityką europejską, potrafiącego świetnie poruszać się w skomplikowanym świecie dyplomacji. I właśnie wszystko to, w oczach króla czyniło z niego kandydata na człowieka do zadań wykraczających poza ramy poezji, na człowieka do innych, może nawet specjalnych zadań. Początkowo w Gdańsku miał być agentem królewskim„secretarius iuratus”. Z czasem powierzono mu stanowisko sekretarza i historiografa królewskiego. Oficjalną nominację, na to ostatnie stanowisko Opitz otrzymał w 1637 roku. W epoce baroku historiograf królewski nie był jedynie kronikarzem zapisującym fakty, jego zadaniem było również interpretowanie historii w taki sposób, aby ukazywała ona wielkość dynastii. Dziś byśmy powiedzieli, ze swoistym zdziwieniem, największy poeta niemieckiego baroku historiografem króla Polski.
Od roku 1636 jego popularność rosła. Dzięki uznaniu króla i własnej działalności literackiej otrzymywał kolejne zlecenia, tworzył utwory dla polskich i litewskich rodów magnackich, między innymi dla Leszczyńskich i Radziwiłłów. Zajmował się historią Polski, pochodzeniem szlachty i legendą Sarmatów. Jego wiedza i talent pozwalały mu odnaleźć się w nowym środowisku, a kolejne zlecenia umacniały jego pozycję.
Czemu Gdańsk? W XVII wieku na mapie Polski, Gdańsk był największym portem handlowym i niezwykle ważnym ośrodkiem gospodarczym. Przez miasto przechodziła znaczna część polskiego handlu zagranicznego, a dochody z tego tytułu stanowiły podstawę jego bogactwa. Miasto posiadało wyjątkową pozycję wśród miast polskich i znaczną swobodę gospodarczą w ramach Rzeczpospolitej. I właśnie dlatego interesy króla Polski, który potrzebował pieniędzy na prowadzenie działań wojennych, zderzyły się z interesami Gdańska, który w nowych podatkach widział element osłabiający konkurencyjność kupców, patrycjuszy. Niestety, to jeszcze nie wszystko, spór oprócz pieniędzy dotyczył również zakresu władzy królewskiej. W tym przypadku król chciał tyle władzy, co w innych miastach Rzeczpospolitej, zaś Gdańsk nie chciał oddać swoich przywilejów. W konsekwencji król zdecydował się na wprowadzenie opłaty od statków korzystających z portu, angażując w sprawę swoich przedstawicieli Gerarda Denhoffa i Jerzego Ossolińskiego.
Z dużą dozą pewności możemy przypuszczać, że Martin Opitz w Gdańsku realizował specjalne zadanie, zlecone mu przez króla. Co było tym zadaniem? Tego nie wiemy, ale możemy zbliżyć się do rozwiązania tej zagadki analizując silne strony Martina Opitza. Utrzymywał relacje z europejskimi elitami, a w szczególności z szwedzkim kanclerzem Axelem Oxenstierną. Znał języki, dwory i orientował się w międzynarodowych relacjach. Wcześniej pracował w dyplomacji i było to bezcenne doświadczenie. Jako sekretarz i historiograf mógł przygotowywać teksty, korespondencję i opracowania służące interesom monarchy. Ale czy to faktycznie było to specjalne, tajne zadanie Opitza? Niektórzy twierdzą, iż tym tajnym zadaniem było wykonywanie królewskiej polityki celnej w Gdańsku. Jak było naprawdę? Tego już się nie dowiemy.
W latach 1633–1634 Władysław IV Waza poprowadził zwycięską wyprawę smoleńską, która zakończyła się kapitulacją wojsk moskiewskich. Gdański rytownik Wilhelm Hondius stworzył szesnaście tablic upamiętniających te wydarzenia, a Martin Opitz opracował do nich komentarz historyczny, przedstawiający króla jako zwycięskiego i sprawnego władcę. Prowadził badania nad pochodzeniem Słowian i tradycją sarmacką. Interesował się historią rodów szlacheckich i polskimi tradycjami. Martin Opitz nie stronił od ludzi, cały czas utrzymywał kontakty, z tymi którzy przyczyniali się do jego rozwoju. Wśród nich byli uczeni, duchowni, ludzie pióra. Szczególne miejsce w tej hierarchii miał protestancki pastor Bartholomeus Nigrinus. Współpracował również z gdańskim drukarzem Andreasem Hünefeldem. W roku 1939 odnalazł i udostępnił, ze swoim łacińskim komentarzem Pieśń o św. Annie. W swoich pracach Opitz zwrócił uwagę na słowiańskie pochodzenie nazw miejscowych na Śląsku, takich jak: Wrocław, Bolesławiec, Brzeg i Żagań.
Z woli króla, w roku 1638 przestał pełnić funkcjękrólewskiego historiografa, ale w dalszym ciągu był dworzaninem Władysława IV. Z zachowanej korespondencji dowiadujemy się, że w ostatnich latach życia przebywał u przyjaciela i wydawcy Andreasa Hünefelda oraz pastora Bartholomeusa Nigrinusa.
Martin Opitz nie przechodził obok cudzego nieszczęścia obojętnie, potrafił się dzielić. Niestety ta dobra, szlachetna cecha przyczyniła się do jego śmierci. Idąc jedną z ulic Gdańska zobaczył ubogą osobę, którą chciał podratować datkiem. W wyniku tego szlachetnego czynu zaraził się dżumą. W czasie choroby, jego spowiednikiem był pastor kościoła św. Piotra i Pawła – Albert Niclas. Kilka dni przed swoją śmiercią Opitz napisał ostatni list do króla Władysława IV Wazy, po czym całą korespondencję z królem kazał spalić. Zapewne wiedział co nastąpi za moment. Martin Opitz zmarł 20 sierpnia 1639 roku w Gdańsku. Mowę na pogrzebową wygłosił jego spowiednik.
Od roku 1873, w posadzce Bazyliki Mariackiej w Gdańsku znajduje się kamienna płyta pamiątkowa, autorstwa Rudolfa Freitaga. A czy to jedyne upamiętnienia tej znamienitej postaci? Nie. Od roku 2010 w Gdańsku przyznawana jest Nagroda Miasta Gdańska za Promocję Kultury Miasta im. Marcina Opitza, zaś w Bolesławcu przy ul. Martina Opitza w 2012 roku został odsłonięty pomnik (popiersie) poety.
Pozostaje nierozwikłane pytanie: Kim był? Największym poetą niemieckiego baroku? Historiografem króla Polski Władysława IV? Przyjacielem Szwedów? Martin Opitz był człowiekiem, który chciał przeżyć życie i coś pozostawić po sobie. Postać nieznana przez wielu gdańszczan i dlatego postanowiłem przypomnieć ją w tym artykule.
Jarosław Pergoł