Aniołki – Opowieść o kamienicach przy Alei Zwycięstwa 45 i 46
Szłam Aleją Zwycięstwa bez żadnego planu. Ot, zwykły spacer. Jeden z tych, podczas których nogi wiedzą, dokąd iść, lepiej niż głowa.
Słońce prześlizgiwało się przez gałęzie drzew, rysując na chodniku migotliwe wzory. Nie szukałam niczego szczególnego. A może właśnie dlatego znalazłam coś, czego nie spodziewałam się znaleźć.
Nagle spojrzałam w górę. I wtedy zabrakło mi oddechu. Naprawdę. Tak po prostu.
Bo nad dachami pojawiła się ona. Korona. Kopuła. Architektoniczna biżuteria wieńcząca wieżyczkę domu pod numerem 45.
Przystanęłam.
Nie zrobiłam zdjęcia. Jeszcze nie. Najpierw patrzyłam. Tak długo, aż zaczęłam dostrzegać szczegóły. A potem jeszcze dłużej.
Bo im bardziej się przyglądałam, tym mniej widziałam budynek, a coraz bardziej dzieło sztuki.
Kto to zaprojektował? Kto wymyślił tę koronkę zawieszoną pomiędzy ziemią a niebem?
Czy architekt siedział nocami nad rysunkami, poprawiając kolejne linie?
Czy właściciel od razu wiedział, że właśnie tego chce?
A może było odwrotnie?
Może architekt pokazał projekt, a inwestor załamał ręce:
– Ależ człowieku, to będzie kosztowało fortunę!
A potem żona spojrzała na szkic i szepnęła:
– Nie. Tego nie zmieniaj. Jest piękne.
I właśnie dlatego korona pozostała.
Nie mogłam oderwać od niej oczu. Próbowałam śledzić wzrokiem każdy ornament. Każde wycięcie. Każde wybrzuszenie. Każdą koronkową linię.
Była tak wysoko.
A jednak miałam wrażenie, że niemal dotykam jej palcami. Jakby między mną a nią nie było tych wszystkich metrów powietrza. Jakby czas na chwilę przestał istnieć.
A potem przyszła kolejna myśl.
Jaki był człowiek, który zamówił taki dom? Pyszny? Próżny? Zakochany w sobie?
Nie…
Patrzyłam na tę delikatność i nie potrafiłam w to uwierzyć. Może był marzycielem?
Może po ciężkim dniu pracy wracał do domu i podnosił wzrok na własną wieżę z taką samą radością jak ja ponad sto lat później?
Może kochał sztukę? Muzykę? Poezję? Może gromadził książki? A może to wcale nie był jego świat?
Może całą tę delikatność wniosła do projektu kobieta? Może uwielbiała brosze, koronki, perły i misterne hafty? Może chciała, żeby dom nie był tylko domem. Żeby był piękny.
Po prostu piękny.
I wtedy opuściłam spojrzenie niżej. Na balkon.I po raz drugi tego dnia przepadłam.
Bo cóż to był za balkon! Ilu razy kowal przeklinał własne zmęczone dłonie, wyginając te wszystkie zawijasy? Ile iskier wystrzeliło z rozgrzanego metalu? Ile godzin trwało tworzenie tych wsporników?
Tych spiral? Tych kół? Tych drobnych elementów, których większość ludzi nawet nie zauważa?
Po co zadano sobie tyle trudu? Przecież wystarczyłaby zwykła balustrada. Praktyczna. Prosta. Tańsza. A jednak ktoś powiedział:
„Nie. Chcę piękna.”
I nagle poczułam coś zupełnie nieoczekiwanego. Tęsknotę. Za czym? Nawet sama nie wiedziałam.
Za czasami, których nigdy nie znałam? Za domem, którego nigdy nie miałam?
Za światem, w którym ludzie potrafili poświęcić miesiące pracy dla jednego balkonu?
I wtedy pomyślałam:
Chciałabym tutaj mieszkać. W tej wieży. W pokoju z wysokimi oknami. Budzić się o świcie.
Patrzeć, jak pierwsze promienie słońca wpadają przez szyby. Wieczorem zapalać lampę.
I wiedzieć, że z ulicy ktoś spojrzy w górę i zobaczy ten sam ciepły blask.
Czy właściciel siedział tam zimowymi wieczorami? Czy czytał książki? Czy pisał listy? Czy obserwował świat przez te same okna? Czy był szczęśliwy?
A jaki świat widział za tymi oknami?
Tego przecież nie potrafiłam zobaczyć. Samochody stojące przy alei zniknęły w mojej wyobraźni jako pierwsze. Potem współczesne latarnie. Potem reklamy. Powoli zostawał tylko dawny Wrzeszcz.
Widziałam Wielką Aleję Lipową. Szeroką i pełną spacerowiczów. W cieniu lip sunęły dorożki. Jeźdźcy przemierzali Trakt Konny. Pod koronami drzew rozmawiali mieszkańcy miasta, a dzieci biegały alejkami pomiędzy rzędami starych lip.
Ale był jeszcze drugi świat.
Tam, gdzie dziś rozciągają się trawniki i parki, znajdowały się cmentarze. Rozległe nekropolie różnych wyznań. Miejsca pamięci obsadzone drzewami, pełne nagrobków, rodzinnych historii i cichej zadumy.
Mieszkańcy tych domów żyli więc pomiędzy dwoma światami. Pomiędzy gwarem alei, a ciszą cmentarzy. Pomiędzy życiem a pamięcią. Pomiędzy przyszłością i przeszłością.
Być może właśnie dlatego w tej części miasta jest tyle zadumy. Wielka Aleja od zawsze była miejscem spotkania przemijania i codzienności. Kamienice obserwowały oba te światy jednocześnie. Patrzyły na śmiech spacerowiczów i na cichą pracę pamięci.
A lipy, szumiały nad nimi tak samo jak dziś.
Szukając odpowiedniego kadru, zaczęłam krążyć wokół budynku. Chciałam pokazać wieżę.
Ale nie samą. Dopiero wtedy zauważyłam drzewo. Ogromne. Rozłożyste. Jego gałęzie wyciągały się ku budynkowi jak ramiona.
Pomyślałam wtedy: A może ono pamięta wszystko? Może było tu już wtedy?
Może widziało budowę? Może obserwowało przyjazd pierwszych mieszkańców? Może słyszało ich rozmowy?
Próbowałam pokazać ten uścisk. Dom i drzewo. Kamień i natura. Dwie stare istoty trwające obok siebie. Czy mi się udało? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Bo wtedy wydarzyło się coś jeszcze.
Potknęłam się wzrokiem o numer 46. I aż się roześmiałam z niedowierzania. Bo ile piękna może zmieścić jedna ulica?
Ile?
Przecież to było niesprawiedliwe. Dopiero co zachwycałam się jedną willą, a obok czekała następna. Jeszcze bardziej rozmowna. Jeszcze bardziej teatralna. Nie wiedziałam, gdzie patrzeć. Na lwie głowy? Na herubinki? Na kartusze? Na gryfa? Na podpory? Na balkoniki?
Na wykusze? Na rzeźbienia?
Dosłownie gubiłam wzrok.
A im więcej dostrzegałam, tym więcej ukrywało się przede mną. To nie była elewacja.
To była zagadka. Opowieść. Baśń wyrzeźbiona w tynku. A potem spojrzałam wyżej.
I zobaczyłam maszkary. Poczułam dreszcz. Nie strach.Raczej respekt.
Jakby nagle ktoś przypomniał mi, że dom patrzy również na mnie. Nie tylko ja obserwuję jego.
Obeszłam budynek dookoła. Powoli. Bardzo powoli. Nie chciałam niczego pominąć.
A później odkryłam poddasze. I przepadłam po raz trzeci. Bo właśnie tam chciałabym zamieszkać. Pod skośnym dachem. Między niebem a ziemią. Z małym balkonem.
Z widokiem na lipy. Z ciszą. Z historiami ukrytymi w starych murach.
I wtedy ją zobaczyłam.
Maleńką wieżyczkę. A może raczej sygnaturkę. Czy był w niej dzwon? Jeżeli tak, to po co?
Alarm pożarowy? Przywoływanie służby? Sygnał dla mieszkańców? A może nie było tam żadnego dzwonu?Może to tylko moja wyobraźnia dopisała historię.
Ale czy to naprawdę ma znaczenie? Bo kiedy wracałam do domu, nie pamiętałam już samochodów. Nie pamiętałam ulicznego hałasu. Pamiętałam tylko pytania. Setki pytań.
Kim byli ci ludzie?
Czy kochali swoje domy?
Czy byli szczęśliwi?
Czy przypuszczali, że ponad sto lat później jakaś kobieta będzie chodziła wokół ich willi z aparatem, zachwycając się detalami, które oni uznawali za codzienność?
Czy przypuszczali, że ktoś będzie patrzył na ich dachy, balkony i anioły z czułością?
A może właśnie po to je stworzyli?
Może gdzieś głęboko wierzyli, że piękno potrafi przetrwać dłużej niż człowiek.
Ludzie odeszli.
Ucichły dawne rozmowy. Zniknęły dorożki. Zmieniły się cmentarze. Zmieniło się miasto. Ale lipy nadal szumią nad aleją. A kamienice wciąż stoją. I wciąż opowiadają swoją historię każdemu, kto zechce podnieść wzrok.
Wystarczył jeden spacer. Jedno spojrzenie w górę. I znów ktoś zatrzymał się pod ich oknami, zachwycony dokładnie tym samym pięknem. Jeśli właśnie tego pragnęli ich twórcy…
to mieli rację.
Tekst&foto: Joanna Grotowska