Święto czarów w Weimarze
recenzja Ojczyzny Pawlikowskiego
Ostatecznie w Ojczyźnie nie ma znaczenia, z jakiego porządku przychodzi śmierć. Ot choćby do Klausa Manna, autora Mefista, śmierć przychodzi przywołana, wytęskniona, jako ulga od cierpienia.
Cały film jest zapisem tego, jak ojciec Klausa, będący lepszym pisarzem, Tomasz Mann, wraz ze swoją córką Eriką, siostrą Klausa, przemierza powojenne Niemcy. Mannowie powracają do Europy z Ameryki po długoletniej emigracji i ta sentymentalna podróż, niczym w bergmanowskim Tam gdzie rosną poziomki, pozwala dojrzeć słynnej rodzinie do rozpadu.
Odcięty i zamknięty na to, jakie to niesie uczucia. Taki jest Ojciec Mann. Tomasz Mann, w jesieni życia, już po Noblu, już, wydawałoby się, po wszystkim. Czeka go jeszcze śmierć syna, którą z pozoru przyjmie chłodno. Scenariusz Hendrika Hangloedtena skupia się na śledzeniu wspomnianej podróży sentymentalnej pary ojciec – córka ( Hans Zischler i Sandra Huller).
Pawlikowski jest bezwzględny w akcie pozbawiania nas złudzeń. Oto życie przemija i nie pomaga płacz. Nie pomaga nawet sztuka, która od życia jest nazbyt odległa. Która, ex definitione, jest sztuczna. Jak pisał Cortazar: Przez całe życie tracimy przedmioty i osoby. W końcu tracimy samych siebie. Sztuka próbuje ten proces opisać, powstrzymać?
Film zaczyna się sceną telefonicznej rozmowy między rodzeństwem. Zawoalowaną zapowiedzią samobójstwa Klausa.
Duża część akcji filmu rozgrywa się podczas podróży sentymentalnej. Córka obwozi ojca niczym cyrkowe dziwadło po rozmaitych targowiskach próżności.
W obrazie Pawlikowskiego obie strony rozmawiają ze sobą i mają swoje odległe racje.
Pawlikowski zrobił film o winie pisarza, który, po parnasistowsku, osadzony w odległej wieży z kości słoniowej, oddala się od osób sobie najbliższych, wybierając rolę trybuna ludowego, zapomina o deklaracjach miłości wobec tych, którzy kochają go, nie podziwiając.
Scena, która zamyka film: w opuszczonej katedrze Ojciec i córka słuchają kantaty Bacha, ta scena podkreśla jeszcze bardziej rosnącą między nimi obcość.
Reżyser pyta: ile właściwie możemy żądać od bliskiego nam człowieka? Oczami Eriki ( doskonała Sandra Huller) obserwujemy Ojca, którego oddziela od niej Otchłań. Otchłań, którą wybudował między nimi nietrafiony pomysł bycia pisarzem. Co z tego, że docenianym i nagradzanym, skoro, paradoksalnie, odległym od tego, co najistotniejsze. Od Miłości.
Rodzinę, a może i uczucia poświęcił dla szlachetnej pasji. Tomasz Mann ( Hans Zischler) jest jak Rilke, który opuszcza Dom, aby wybudować sobie schronienie wewnątrz Płatków Róży. Od kolców tej róży zginie.
Konwencja filmu reaktywuje bajkowe narracje, oto Klaus Mann, postać najbardziej tragiczna, ukazuje się nam jako ofiara, którą Ojciec składa na ołtarzu sztuki. Przez emocjonalny chłód, a co za tym idzie, brak miłości, więdnie niczym niepodlewana roślina. Jest wrażliwy, co nie pozwala mu założyć, jak zrobił to ojciec, półpancerza praktycznego. Zbyt poważnie traktuje życie i sztukę. Zbyt poważnie potraktował też własną śmierć. Jego samobójstwo jest przysłowiowym gwoździem do trumny. Nie tylko Rodziny. Także tytułowej Ojczyzny. Tak zginąć musieli synowie Niemiec. W niemocy wobec dokonanej przez własnych ojców przemocy.
W Ojczyźnie jest reporterska czułość i narracyjna biegłość,
Melodia grana przez reżysera sprawia jednak wrażenie ponurej, wręcz żałobnej.
Końcówka lat 40. Niemcy. Zmierzch Bogów zmienia się w Portret rodzinny we wnętrzu.
Dostajemy obrazy opresyjnego systemu i przemocy niedosłowne, zawoalowane, jakby reżyser chciał poprowadzić nas do mrocznej głębi Niemiec, które są, chcemy tego czy nie, duchową Ojczyzną Europy, obrazującą jak w pigułce jej moce: negatywne i pozytywne, jako dwie strony medalu, markę marki.
Co nam przyszło z marzeń, nadziei na lepsze jutro, prób wyjścia poza schemat? I czy ktoś będzie jeszcze czytał Czarodziejską górę w Weimarze?
SCENARIUSZ I REŻYSERIA PAWEŁ PAWLIKOWSKI
ZDJĘCIA ŁUKASZ ŻAL
NIEMCY 2025 , CZAS 82 MIN.
DYSTRYBUCJA KINOWA KINO ŚWIAT
Krystian Kajewski