Między ulicą ,a podwórkiem – Ulica Aldony
Ulica Aldony nie należy do najbardziej reprezentacyjnych ulic dawnego Wrzeszcza. Nie przyciąga spojrzeń bogactwem dekoracji czy secesyjnym przepychem, jaki do dziś można odnaleźć na pobliskiej Wajdeloty.
Jej kamienice są bardziej powściągliwe. Wysokie, zwarte, z dużymi dachami i przestronnymi poddaszami, które przez lata adaptowano na mieszkania. Stoją blisko siebie, tworząc stosunkowo wąską ulicę z chodnikami po obu stronach i niewielką ilością zieleni. To nie drzewa budują tutaj krajobraz. Tworzą go ściany domów, okna, bramy i ludzie. A właśnie bramy są największą tajemnicą Aldony.
Przechodząc ulicą, widzimy jedynie pierwszą warstwę miasta. Dopiero wejście w jedną z bram odsłania ukryty świat podwórek i oficyn. Tam od ponad stu lat toczy się codzienne życie mieszkańców. Za fasadami kamienic kryją się kolejne budynki, niewielkie dziedzińce, schody, komórki i miejsca, których nie dostrzega przypadkowy przechodzień. To właśnie tam przez pokolenia biło serce ulicy.
W przedwojennym Wrzeszczu mieszkali tutaj urzędnicy, nauczyciele, kolejarze, kupcy i rzemieślnicy. Rankiem wychodzili do pracy, dzieci odprowadzało się do szkoły, a gospodynie wracały z zakupami z pobliskich sklepów i targowiska.
Wieczorami okna rozświetlały się jedno po drugim, a życie przenosiło się na podwórka ukryte za bramami.
W tych mieszkaniach rodziły się dzieci, obchodzono rodzinne święta, przeżywano pierwsze miłości i pierwsze żałoby. Kamienice pamiętają ich wszystkich.
Po wojnie pojawili się nowi mieszkańcy. Wielu przybyło z Kresów, inni z centralnej Polski lub pobliskich pomorskich miejscowości. Przynieśli ze sobą własne wspomnienia, zwyczaje i rodzinne historie. Na klatkach schodowych mieszały się akcenty, wspomnienia utraconych domów i nadzieje na nowe życie. Stare kamienice szybko nauczyły się nowych nazwisk. Aldony była wtedy ulicą znacznie bardziej gwarna niż dziś.
Choć sama ulica nie należała do szerokich, życie rozkwitało za bramami. To właśnie podwórka stanowiły centrum dziecięcego świata. Kiedy tylko odrobiono lekcje, a często robiono to w rekordowym tempie, by nie stracić ani minuty dnia, dzieciaki wybiegały z mieszkań i niemal znikały rodzicom z oczu aż do wieczora.
Dziewczynki skakały w gumę, której układy znało się na pamięć. Skakanka śmigała nad brukiem, a kreda zostawiała na chodnikach kolejne pola do gry w klasy.
Chłopaki wszędzie, gdzie tylko było trochę miejsca, organizowali mecze piłkarskie. Bramki wyznaczały drzewa, murki albo szkolne tornistry. Na chodnikach pojawiały się również misterne tory do wyścigów kapsli. Dzieci godzinami rysowały kredą zakręty, ronda i całe etapy Wyścigu Pokoju. Każdy kapsel miał swojego kierowcę i własną sportową historię.
W mniej uczęszczanych zakamarkach rozgrywano partie „noża”, zdobywając kolejne skrawki wyimaginowanego terytorium. Ale najpiękniejsze były zabawy, które jednoczyły wszystkich.
Berek. Chowanego. Palant. Podchody.
Nie wymagały pieniędzy ani zabawek. Wystarczało podwórko, kilku kolegów i odrobina wyobraźni. Wysokie kamienice przy Aldony stawały się wtedy naturalną scenografią dziecięcych przygód. Bramy zamieniały się w tajemnicze przejścia, oficyny w zamki, a podwórkowe komórki w bazy nie do zdobycia. Każdy zakamarek miał swoją historię, każdy mur był częścią wielkiej dziecięcej krainy.
Starsi mieszkańcy Wrzeszcza często wspominają, że niemal w każdym domu znało się sąsiadów. Pożyczano sobie cukier, pilnowano dzieci, przekazywano wiadomości przez okno lub przez podwórko. Czekało aż sąsiad pójdzie po gazetę do pobliskiego kiosku RUCH ,a po jej przeczytaniu przekaże dalej . Życie toczyło się wolniej, ale też bliżej siebie.
I właśnie wśród takich codziennych historii przez wiele lat mieszkał Zbigniew Chwedczuk. Znany dyrygent, pedagog i człowiek kultury, związany z gdańskim środowiskiem muzycznym, mieszkał przy Aldony 10. Można by przypuszczać, że osoba tak rozpoznawalna wybrałaby bardziej prestiżowy adres. Tymczasem jego dom znajdował się właśnie tutaj, pośród zwyczajnej wrzeszczańskiej codzienności.
Po koncertach i próbach wracał nie do świata reflektorów, lecz do świata sąsiadów, podwórek i dobrze znanych bram. Mijał ludzi wracających z pracy, dzieci bawiące się między kamienicami i światła zapalające się wieczorem w oknach mieszkań. Tutaj nie był przede wszystkim dyrygentem. Był sąsiadem.
Kamienice przy Aldony trwają niemal niezmiennie od ponad stu lat. Ich wysokie ściany i strome dachy zdają się opierać upływowi czasu. Są najstarszymi mieszkańcami tej ulicy. Patrzyły na kolejne pokolenia dzieci przebiegających przez bramy. Na młode matki pchające wózki po nierównych chodnikach. Na ojców wracających z pracy z teczkami pod pachą. Na pierwsze rowery, motorowery i samochody stopniowo wypełniające podwórka.
Widziały, jak konie ustąpiły miejsca autom. Jak syrenki i fiaty zamieniały się w dzisiejsze samochody. Jak radio ustępowało telewizji, a telewizja komputerom i smartfonom. Pamiętają czasy, gdy największym zmartwieniem dzieci było to, czy zdążą wrócić do domu, zanim mama zawoła je przez otwarte okno.
Dziś podwórka są spokojniejsze. Coraz rzadziej słychać okrzyki towarzyszące grze w berka czy chowanego. Zniknęły kredowe tory dla kapsli, a gumy do skakania ustąpiły miejsca telefonom komórkowym. Zmieniły się przyzwyczajenia, pojazdy i tempo życia. Jednak gdy zatrzymać się przy jednej z bram i zajrzeć w głąb podwórza, można odnieść wrażenie, że gdzieś pomiędzy oficynami nadal krążą echa dawnych rozmów. Śmiech dzieci. Odgłos odbijanej piłki. Wołanie kolegi z drugiego końca podwórka.
„ Kasia! Asia! Marek!, schodźcie na dół!”
To właśnie z takich drobnych chwil składa się pamięć ulicy. Aldony nie zapamiętała wszystkich nazwisk. Nie sposób odtworzyć historii każdego mieszkańca. Zachowała jednak coś być może ważniejszego: atmosferę codziennego życia. Tego zwykłego życia, które dla ludzi je przeżywających było całym światem.
Dlatego historia tej ulicy nie jest zapisana wyłącznie w starych planach miasta, księgach adresowych czy architekturze kamienic. Jest zapisana w pamięci podwórek. W bramach prowadzących do ukrytych dziedzińców. W cieniu oficyn. W głosach mieszkańców, którzy przez ponad sto lat nazywali to miejsce swoim domem.
Bo prawdziwą historię Aldony pisały nie elewacje, lecz ludzie wracający każdego dnia do domu. A stare wrzeszczańskie kamienice pozostają ich cierpliwymi kronikarzami, milczącymi świadkami przemijających pokoleń i codzienności, która z pozoru zwyczajna, po latach okazuje się najcenniejszą częścią pamięci miasta.
PS. A czy wiecie że ulica nosi imię Aldony, czyli żony wielkiego księcia litewskiego i późniejszego króla Polski Kazimierza Wielkiego. Aldona Anna Giedyminówna była litewską księżniczką, córką Giedymina. W okresie międzywojennym i po wojnie wiele wrzeszczańskich ulic otrzymało nazwy związane z historią Polski, literaturą i dawnymi postaciami historycznymi. W sąsiedztwie znajdziemy podobny klimat nazw ulic tworzących swoisty kulturowy krajobraz Wrzeszcza.
/Tekst i zdjęcia – Joanna Grotowska /








