Trzeba grzać piórka
Relacja z koncertu
PO MIŁOŚCI KRES
Cohen w wykonaniu Żmijewskiego
Platforma miłosierdzia. Skały osadowe platformy miłosierdzia występują w trzech nieckach: niecnie, bezecnie, ckliwie. Cała poezja Leonarda Cohena to dom zbudowany z misternie utkanego misterium. Palcami Sióstr Miłosierdzia. Palcem Bożym. Cohen pozostaje, dzięki temu do dziś, poetą prawdziwym.
W czwartorzędzie osadziły się piaski i żwiry. Piasta koła Iksjona zaczęła z niewiadomych powodów piszczeć. Leonard Cohen, będąc częściowo odpowiedzialny za rewolucję polegającą na przywróceniu słowu śpiewanemu dawnej, antycznej miary i wagi, jest jednocześnie, jak inny Żyd Wieczny Tułacz, Robert Zimmerman, alias Bob Dylan, orędownikiem słowa poetyckiego w wersji rockowej. Ta rewolucja zaczęła się od bitników: od Burroughsa, Ginsberga, od Gregory’ego Corso i Lawrence’a Ferlinghettiego, a rockmani dopiero dodali do niej dźwięk przesterowanej gitary. Leonard Cohen, już na swoim drugim albumie, Songs from a room, jest jednocześnie mroczny i bluźnierczy.
Na przełomie lat 50 i 60 zaczyna się epoka rock n rolla, która rozkwita na granicy kolejnych dekad. Spotykam się z Arturem Żmijewskim ( ur. w latach 60) i rozmawiam z nim przed koncertem zatytułowanym PO MIŁOŚCI KRES, podczas którego artysta śpiewa piosenki Cohena, po polsku, głównie w tłumaczeniu Macieja Zembatego.
Afryka Pólnocna i Północno – Zachodnia. Struktura piosenek Cohena jest prosta jak instrukcja obsługi narzędzia do uprawy manioku, Manu.
Od razu mnie zaintrygowało. Ogłoszenie o koncercie zatytułowanym PO MIŁOŚCI KRES,który odnosi się do słynnej kompozycji DANCE ME TO THE END OF LOVE,Żmijewski śpiewa Cohena. To on potrafi śpiewać? Niektórzy twierdzą, że Leonard Cohen nie potrafił śpiewać. Że żaden z niego Paul Mc Cartney ani John Lennon? A Żmijewski? Ojciec Mateusz śpiewa Leonarda Cohena? No, nieźle.
Że taki uśmiechnięty i miły aktor serialowy i że dobrze wygląda. Koncert wypadł zaskakująco dobrze. Przede wszystkim usłyszeć piosenki Cohena śpiewane po polsku, głównie w tłumaczeniu Zembatego, to jest czysta przyjemność. Co prawda Żmijewski bardziej mruczy niż śpiewa, tak samo jak zresztą mruczał Cohen,, ale w obu przypadkach ten rodzaj mruczenia jak najbardziej zdaje egzamin.
Gdy zobaczyłem cały zespół na scenie Filharmonii Pomorskiej, popłakałem się ze wzruszenia. Udało się poruszyć we mnie jakąś ckliwą nutę najwyraźniej.
Leonard Cohen w aktorskiej interpretacji Artura Żmijewskiego , w połączeniu z rozbudowaną aranżacją, jest zdecydowanie bardziej delikatny od oryginału. Twarz Żmijewskiego, poprzez jego ekranową obecność, jest twarzą, która zbliża. Można zatem schronić się w tej kojącej muzyce, z której zespół towarzyszący wydobywa wszystkie te bezpieczne, ograne co prawda linie melodyczne, ale robi to z niezwykłym wdziękiem. Zresztą Żmijewski wznosi się na wyżyny swoich wokalnych możliwości, operując głosem ( aksamitnym, miękkim ) między melodeklamacją a śpiewem. Wokalnie wspiera go najstarsza córka Ewa, a instrumentalnie trio: Wojciech Pilichowski na gitarze basowej, Shandrelica Casper na perkusjonaliach, i , last but not least, pełniący rolę drugich skrzypiec i drugiego wodzireja, gitarzysta i pianista, Andrzej Kowalczyk,
– Taka przyjaźń rzeczywiście była możliwa – zapewnia mnie Żmijewski w krótkim wywiadzie udzielonym mi przed koncertem w Bydgoszczy, do którego obejrzenia zachęcam ( link pod artykułem). Pytam go, czemu Cohen, czyżby pozazdrościł Lindzie, który swego czasu śpiewał polską wersję I;m your man, ale Żmijewski zaprzecza i dodaje, że tak naprawdę to tego Cohena bardzo chciał zaśpiewać od dawna, bo się na jego muzyce, jak twierdzi, wychował.
Tańcz mnie po miłości kres to także projekt rodzinno – przyjacielski ze względu na obecność najstarszej córki Ewy i familiarny charakter projektu.
Na scenie wygląda to wszystko jak rodzinne zebranie. Ale bynajmniej nie jest to strata czasu. Wyszliśmy, po tym koncercie, przepełnieni rodzinną atmosferą, mając wrażenie graniczące z pewnością, że uczestniczyliśmy w Święcie Przyjaciół, a jak to pisał, a i śpiewał niejaki Jim Morrison:
–
– Prefer a feast of fiends to the giant family
– Wolę Święto Przyjaciół niż ogromną rodzinę.
–
A po koncercie rozmowa, która ukazała mi Artura Żmijewskiego jako człowieka poszukującego i otwartego na nieoczywiste wybory artystyczne.
O tym, że Leonard Cohen właściwie ukształtował młodego Żmijewskiego, podobnie jak muzyka Pink Floyd chociażby. O tym, że poezja może być rodzajem psychoterapii, ale i psychomachii ( wewnętrznej walki), co nie jest ze sobą sprzeczne, a wręcz przeciwnie. O tym, które piosenki Cohena i które płyty nie tylko Cohena są dla Artura Żmijewskiego najważniejsze. O tym, że 7 listopada minie już dziesięć lat od śmierci Cohena, i o tym jakie znaczenie ma jego twórczość dziś.
Choć pogoda nie sprzyjała spacerom, wybraliśmy się po wywiadzie na przechadzkę, żeby sobie te wszystkie przemyślenia przyswoić.
Wiemy, ze dzięki tłumaczeniom, zwłaszcza przekładom Macieja Zembatego, twórczość Leonarda Cohena jest nie tylko obecna, ale przede wszystkim rozumiana w naszym kraju od lat 80, nieprzerwanie.


